home

Renata Putzlacher

Urodzona w Karwinie (RC), od lat dzieli swój czas między Brno, gdzie obecnie mieszka i prowadzi zajęcia na temat współczesnej literatury polskiej oraz teorii i praktyki przekładu, a Czeski Cieszyn, gdzie nadal współpracuje ze Sceną Polską teatru Těšínské divadlo.

Poetka, autorka opowiadań i scenariuszy, tłumaczka, publicystka, autorka tekstów piosenek. Tłumaczy z języka czeskiego i słowackiego, przede wszystkim poezję, dramaty i teksty pieśni.

Jest absolwentką Wydziału Filologii Polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (1985-1990). W latach 1989–2001 była kierownikiem literackim Sceny Polskiej teatru Těšínské divadlo w Czeskim Cieszynie. W 2009 roku obroniła doktorat w Instytucie Slawistyki Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Masaryka w Brnie. 

Wydała następujące zbiory poetyckie: "Próba identyfikacji" (1990), "Kompleks Ewy" (1992), "Oczekiwanie" (1992), "Ziemia albo-albo" (1993), "Małgorzata poszukuje Mistrza" (1996), "Pomiędzy" (2001), "Mezi řádky" (2003), "Angelus" (2006), a także dwie płyty z piosenkami poetyckimi (autorem muzyki jest Zbigniew Siwek): "Lamus" (2000) i "Divertimento cieszyńskie" (2004).     

 

W KAWIARNI AVION, KTÓREJ NIE MA
silva rerum

*

To właśnie pisanie, nie blond warkoczyki, które mi niebawem obięto i nie perlisty śmiech dziecka, który wkrótce brzmiał dziwnie w domu, który opuścił nasz Anioł, to pisanie, a właściwie beztroskie rymy, które zawsze miałam pod ręką i używałam ich w odpowiednich momentach, nie tylko od święta, pisanie pozwoliło mi zaistnieć jako istocie odrębnej, innej od tych wszystkich dzieci z podwórka, może ładniejszych, może bardziej skłonnych do szczęścia i do karania za winy niezawinione, na przykład brak języka w gębie w momentach, kiedy trzeba było wyartykułować po czesku to, co mi w duszy grało w zupełnie innym języku. Przelewanie na papier tego wszystkiego, co wisiało w powietrzu i nade mną, było próbą oswojenia rzeczywistości i pogodzenia się z tym, czego zmienić nie mogłam. Pisanie – rytualne lizanie ran i jednocześnie kompres na rany przeze mnie zadane…

*

  NIEDOSYT

To tak jakby wręczono ci dwa prezenty.
W jednym lalka, którą znasz na pamięć.
Na szybie sklepu, w którym ją podziwiałaś,
zostały kilkuletnie odciski twoich palców.
Jakoś wyrosłaś już z tej lalki, zawsze za drogiej,
wieczyście nieosiągalnej. Bardziej jesteś
zmieszana niż szczęśliwa. Drugi prezent
w ogóle cię nie interesuje. Już przez tę lalkę
miałaś paść trupem. Albo przynajmniej
zastosować któryś z efektów specjalnych.
Zaniemówić, wylać hektolitry łez. Siedzisz
otępiała i boisz się, że za chwilę wniosą tort.
Same świeczki kosztowały majątek. Chyłkiem
wynosisz drugi prezent na strych. Po latach
dowiesz się, że był spełnieniem twoich marzeń.
Nareszcie będziesz dzieckiem szczęścia.


*

„Zeptej se táty“… Ostatnia książka Jana Balabána. Pisał ją po śmierci ojca, który był jego wielkim autorytetem. Zadawał mu bolesne pytania, na które zabrakło wcześniej odpowiedzi. A może już je słyszał, z tamtego brzegu… Zmarł we śnie, przedwcześnie, w tym samym dniu, w którym umarł jego ojciec. Pisanie – ran otwieranie…

Kiedy myślę o nim, widzę Petra, widzę nas, młodszych o parę ładnych lat, czytających swoje nowe wiersze i opowiadania na spotkaniach i zlotach. Było nam dobrze razem, choć były to chwile ulotne. Klub „Skleněná louka“ w Brnie, promocja czeskiego wyboru moich wierszy, koledzy przywieźli mi z Ostrawy czerwony kaktus i wino marki wino o wzniosłej nazwie „Poezja”. Ostrawski antykwariat „Fiducia”, promocja książek Honzy i Petra, jestem tu w roli matki chrzestnej, mam skrapiać ich dzieła „miodulą” domowej roboty i czytać wiersze po polsku, bo moi czescy przyjaciele lubią ten język i szlus.

Niedaleko stąd jest ewangelicki kościół i tu żegnamy Honzę tłumnie, uśmiechając się przez łzy, modląc się w swoich językach, wszyscy wyciszeni, niepodobni do siebie, w półukłonach, na klęczkach, w drżeniu rąk i ust. Nigdy nie widziałam tylu bezradnych mężczyzn, jakby żywcem wyjętych z jego powieści. Wszyscy pytają, dlaczego go tu nie ma, a on pewnie gdzieś tam, w domu Ojca (w domu taty?) ma już gotową odpowiedź.

Trzymam w rękach jego ostatnią książkę i widzę, że znał tę odpowiedź jeszcze wcześniej. Okamžiky – okamgnienia – „chwilo, trwaj“… „Okamžiky nekončí. Okamžiky pořád trvají, to jenom my v nich nemůžeme pořád žít.“ (Jan Balabán, „Zeptej se táty“)

*

  OJCOWIE

Dlaczego wyobrażamy sobie
że zestarzeją nam się godnie
W melonikach Z fajkami Na zapiecku
Dlaczego liczymy na to
że na ich wątłe barki
przerzucimy ciężar pytań
na które nie ma odpowiedzi
A przecież takie najczęściej
zadają nam wścibskie pociechy
Dlaczego myślimy że będą stukać
na maszynach rozprawy o kwestii smaku
Proustowskiej magdalenki
nam pozostawiając martwe światło
ekranów komputerowych
Dlaczego naiwnie wierzymy
że zawsze nam się będą dwoić i troić
że będą tańczyć swój łabędzi taniec
jak czarno-biali starsi panowie
Starsi Panowie dwaj
 


*

Pamiętam twarz mojego młodszego brata, który zapytał ojca o jego praprzodków. „Niemcy”, jęknął i miał minę jakby połknął żabę. Jakby nasza mniejszościowa polskość, za którą regularnie obrywaliśmy od czeskich kolegów z osiedla, nie była wystarczającym handicapem. Gdyby ten dodatkowy, pikantny szczegół naszej genealogii wyszedł na jaw, bylibyśmy nieodwracalnie skasowani w oczach rówieśników. Niemcy – czyli źli. Pokrzykiwano by na nas: „Hände hoch!” Nie rozumiesz, dziadku Rudi? Przez ten jednoznaczny rodowód nie zabrałaby cię na swój szlak załoga Rudego 102, a pies Szarik – jakby nie było Rosjanin, czyli „dobry” – wyczułby Cię na kilometr. Na pewnym etapie mego późnosocjalistycznego dzieciństwa nie przysporzyłbyś mi na podwórku punktów za pochodzenie. Może tylko w szkole, gdybym subtelnie wyznała pani od rosyjskiego, że pochodzisz z terenów Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, aczkolwiek w chwili twoich narodzin tego cudu nie było jeszcze na mapie. Kiedy umierałeś, drżał w posadach mur berliński, a wschodnie mocarstwo powoli sięgało bruku. Vanitas vanitatum, dziadku, wszystkie mocarstwa i systemy to kupa złomu. Jak ten Rudy 102 z lamusa moich wspomnień.

 

*

– Der, die, das, psí ocas. Der, die, das, kupił bas… Tato, kto to są ci Niemcy?
– To taki naród, który wydał Goethego i Schillera, Bacha i Beethowena. Potem byli jeszcze Wagner i Nietzsche, ale ci im tylko namieszali w głowach…
– A oni, ci Niemcy, są dobrzy czy źli?
– O, to bardzo długa historia…
– W szkole mówili nam, że historia jest nauczycielką narodów…
– No to ten naród chyba nie miał nauczycielki… Albo był na wagarach.
– A dlaczego oni mówią na Cieszyn „Teschen“? Cieszyn przecież założyli nasi, Bolko, Leszko i Cieszko.
– No tak…
– To co oni tu robią? Dlaczego nie wracają do domu, do siebie?
– Oni tu są u siebie, tak jak my. Cieszyn to taki tygiel narodów. A Niemcy nam go rozbudowali, uprzemysłowili, zaprowadzili wodociągi, kanalizację, oświetlenie elektryczne…
– Ja wolałem lampy naftowe…
– No tak, my, Słowianie, my lubim sielanki…

 

*

Na jedynej ocalałej fotografii mój pradziad, Franz kołodziej, ubrany w odświętny garnitur, którego dopełnieniem jest długi łańcuszek od zegarka, rzuca na struchlałego fotografa groźne spojrzenie znad sumiastego wąsa. Obok ojca stoi z równie nieprzystępnym wyrazem twarzy najstarsza córka Ernestyna, a centralnie ustawił się mały Johann, oczko w głowie taty i prymus klasowy.

Miejscowy fotograf był niewątpliwie speszony, bo zdjęcie, na którym pradziadek patrzy na mnie, absolwentkę polonistyki z wyrzutem, bynajmniej nie jest stosownie wypośrodkowane. Z prawej strony – o zgrozo! – załapał się bowiem ciekawski chłopczyk, sądząc z wyglądu starozakonny, bacznie przyglądający się magikowi, który nakrył statyw i siebie czarną płachtą. W międzywojennym kresowym tyglu i w wielonarodowościowej Izydorówce obecność Żyda na zdjęciu rodzinnym potomków austriackich kolonistów nie jest niczym zaskakującym. Na późniejszych zdjęciach z cieszyńskiej piekarni odnajdę podobne międzynarodowe zestawy – obok dziadka-piekarza stoją jego starozakonni koledzy, Glücksmann i Zeiphammel. Taka mała przedwojenna lekcja tolerancji dla przyszłych pokoleń.

 

*

  WYRWANA Z KONTEKSTU

Urodziłam się tutaj, a uczono mnie języka,
którym posługiwali się tamci. Czytano wiersze
wieszcza, który żył jeszcze gdzie indziej.
Naginano mą śródlądową wyobraźnię
od morza do morza. Gdy upadałam na duchu,
śpiewano mi o Bonapartem, który dał nam
jakoby przykład. Nic w moim życiu nie było
nieszablonowe. Może tylko żargon, którym się
posługiwałam. I galicyjski kod genetyczny.
Gdy pytano mnie o tożsamość, pewna byłam
tylko swej płci. Choć nieraz mi mówiono,
że równy ze mnie chłop. Kolor skóry
też mi się zmieniał w zależności od pór roku.
Również w kłopotliwych sytuacjach, a więc
dosyć często. Zawsze czułam się w pół drogi.
Wyrwana z kontekstu. Sama sobie do pary,
żeglarzem i tratwą. Po wieki wieków
w narodowej formalinie. Marząca w duchu
o spokojnych wodach.

*

Są ludzie i ludziska, miasta i ich namiastki. Zawsze, kiedy mnie pytano, co najbardziej podoba mi się w Czeskim Cieszynie, mówiłam przekornie, że kawiarnia AVION, której nie ma. Znałam to architektoniczne cacko dzięki starej pocztówce, znalezionej w zbiorach wujka Stanisława, którego też już nie ma. To była jego kawiarnia obiecana…

 

*

– Na lekcji języka czeskiego będziemy śpiewali nasz hymn państwowy. „Kde domov můj, kde domov můj…“ Śpiewajcie, ale patrzcie w tamtym kierunku, za Olzę. Tam jest wasz prawdziwy dom, wasza ojczyzna.

Nic z tego nie rozumiałam, ale śpiewałam i patrzyłam tam, gdzie była Polska. Oczami duszy widziałam hufiec rycerzy zakutych w srebrne i pozłacane zbroje, którzy spali dotąd we wnętrzu Czantorii, a teraz przybyli, by napoić swe białe konie w polsko-czeskiej rzece Olzie. Ponieważ Wielka Czantoria jest szczytem granicznym pomiędzy Polską a Czechami, nie wiedzieliśmy, z której strony owi rycerze powinni byli przybyć i pod jakimi godłami? Czesi twierdzili, że Čantoryje to śląski Blaník, góra magiczna.

Čan-toria. Góra wspólna, graniczna.

 

*

  BEZSENNOŚĆ

Wiadomość o śpiących rycerzach z góry Blaník po raz pierwszy przekazał mnich, któremu „anioły” założyły
jakieś elastyczne ubranie i zabrały go w podróż do gwiazd. Po powrocie stał się jasnowidzem i opowiadał
również o śpiących rycerzach. Komisarz wojewódzki Putzlacher, który w 1827 roku przejeżdżał niedaleko
góry Blaník, później zeznawał, że ścigali go „jeźdźcy w zbrojach”.

http://www.mystika.cz/poutnim/cech-str/poutnim-blanik.htm


We wnętrzu mojej góry
mamrocze Lewiatan
który pożarł swój ogon
i pewnie rycerzy
w których misję
w tych stronach
już mało kto wierzy
oprócz dziewczynki
która w bielutkiej sukience
i w wianku splecionym
ze stereotypów
co noc wędruje
po mojej poduszce
ogołoconej ze snów

*

Lech, Czech i Rus. Bolko, Leszko i Cieszko. Mane, thekel, fares. Trzy wróżki albo trzy wiedźmy pochylone nad dzieżą mieszają ciasto, z którego powinien powstać chleb bez zakalca. Poloczysko, Czechaczek, szkopyrtok. Trójkąt bermudzki pojęć, wśród których musiałam dryfować, by nie osiąść na mieliźnie i by nie utonąć.

Piekarz piecze dla wszystkich: Polaków, Czechów, Niemców i Żydów. Chałki dla galicyjoków, bajgełe dla Kohnów, piekorskóm biyde dla Ślązaków. „Jak to jest, że się jest, czym się jest i od czego to zależy?” Takie pytania zadawał sobie Czesław Miłosz na innym pograniczu. W jakim języku napisać to moje silva rerum? Babel za oknami, Babel w mojej duszy…

 

*

Jestem Mohikanką. Moje indiańskie imię brzmi „Ta, Która Stoi Na Moście”. W rodzinnych opowieściach zawsze pojawiał się jakiś most, a w tle góry. Dekoracja rodem z „Halki” lub „Karpackich górali”. Zmieniały się tylko rzeki, most był zawsze, by można było na nim stać i wypatrywać, skąd przyjdą nasi albo obcy. W czasie wojny, a potem już nawet w międzyczasie, nasi często stawali się obcymi, jak to na pograniczu. Czasem wystarczyło stać na moście i zastanawiać się, jakie po zejściu na stały ląd zastanie się państwo. Granice, zwłaszcza te na rzekach, bywają płynne.

Most zawsze kojarzył mi się z zawieszeniem, z niedookreśleniem. Stojąc na środku mostu granicznego jesteś bezpaństwowcem, bo tam znajduje się linia dla tych, którzy lubią balansować pomiędzy. „Stoję na granicy dwóch światów, w żadnym nie czuję się u siebie.” To z Tomasza Manna.

Wsiadasz do pociągu, który ma cię zawieźć z miejscowości A do miejscowości B. Robisz wdech i twoje życie ulega pozornemu zatrzymaniu. Siedzisz i jednocześnie się poruszasz. Nie ma jedności czasu i miejsca. Ta podróż jest zawieszeniem, niedookreśleniem. Kim jesteś w tym czasie? Mieszkańcem jakiego miasta? Obywatelem jakiego państwa? Wreszcie przybywasz do celu i przychodzi pora na wydech. Może westchnienie ulgi. Nie ma już niepewności, jest stały ląd pod nogami.

Moja rodzina stanowczo zbyt wiele czasu spędzała na mostach i w pociągach. To jakiś nakaz? Zew? Bycie „pomiędzy”, „metaxu”. To z Simone Weil.

*

  CZYTAJĄC DELEUZE’A

Życie nomady to nieustające intermezzo…
Gilles Deleuze, Mille Plateaux


Bycie „dla”
trwanie „przy”
patrzenie „ku”

Wielka triada
zbudowana z krótkich słów

Czy więc być drzewem stojącym
zakorzenionym i trwałym
czy kłębem wędrującym
niepewnym i niestałym

Być albo wędrować
by żyć?
 

*

Ona przychodzi w tych swoich warkoczykach, siada na brzegu łóżka i z przekornym uśmieszkiem wyciąga sen spod moich pleców jak pomięte prześcieradło. Nabrzmiewa noc, a my patrzymy na siebie tak, jakby chodziło o jakiś pojedynek. Jej marzy się to, co posiadam, a ja oddałabym jej większość tego wszystkiego za obietnicę, że wrócę tam, skąd przyszła i wszystko ponaprawiam. Wyprasuję całuny, przywołam pocałunki, pozacieram nieszczególne wrażenia.

 

*

„Kawa jest gorzka, tak jak wszystkie piękne rozkosze.” Suzanne Renaud. Życie tej poetki, która najpierw dzieliła życie między Czechosłowację a Francję, a potem porzuciła swój kraj, by osiąść w dalekim Petrkowie przy boku męża-poety, też jest gorzkie. Bohuslav Reynek napisze potem: „Wariatem jestem w mojej wsi, znają mnie tylko smutne psy…” Póki co tłumaczy na język czeski poetycki tekst żony, której dźwięk ziarnek kawy wsypywanych do młynka przypomina krainę bezpowrotnie utraconego dzieciństwa.

Rodaczka Prousta przywołuje stracony czas. Ja też (po co? dla kogo? dla świętego spokoju) próbuję poukładać to wszystko, co pisało mi się w głowie przez kilkanaście lat. To wszystko, co było mi pisane?

  Zanurzam ręce w białym cieście,
Proust szepce do mnie: „Magdalena”.
Wariatką jestem w moim mieście,
panią kawiarni, której nie ma...




Fragmenty książki wspomnieniowej Renaty Putzlacher, która wkrótce wyjdzie drukiem.

 

© sZAFa 2010
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.