|
W KAWIARNI
AVION, KTÓREJ NIE MA
silva rerum
*
To właśnie
pisanie, nie blond warkoczyki, które mi niebawem obięto i nie
perlisty śmiech dziecka, który wkrótce brzmiał dziwnie w domu,
który opuścił nasz Anioł, to pisanie, a właściwie beztroskie
rymy, które zawsze miałam pod ręką i używałam ich w
odpowiednich momentach, nie tylko od święta, pisanie pozwoliło
mi zaistnieć jako istocie odrębnej, innej od tych wszystkich
dzieci z podwórka, może ładniejszych, może bardziej skłonnych
do szczęścia i do karania za winy niezawinione, na przykład
brak języka w gębie w momentach, kiedy trzeba było
wyartykułować po czesku to, co mi w duszy grało w zupełnie
innym języku. Przelewanie na papier tego wszystkiego, co
wisiało w powietrzu i nade mną, było próbą oswojenia
rzeczywistości i pogodzenia się z tym, czego zmienić nie
mogłam. Pisanie – rytualne lizanie ran i jednocześnie kompres
na rany przeze mnie zadane…
*
| |
NIEDOSYT
To tak jakby wręczono ci dwa prezenty.
W jednym lalka, którą znasz na pamięć.
Na szybie sklepu, w którym ją podziwiałaś,
zostały kilkuletnie odciski twoich palców.
Jakoś wyrosłaś już z tej lalki, zawsze za drogiej,
wieczyście nieosiągalnej. Bardziej jesteś
zmieszana niż szczęśliwa. Drugi prezent
w ogóle cię nie interesuje. Już przez tę lalkę
miałaś paść trupem. Albo przynajmniej
zastosować któryś z efektów specjalnych.
Zaniemówić, wylać hektolitry łez. Siedzisz
otępiała i boisz się, że za chwilę wniosą tort.
Same świeczki kosztowały majątek. Chyłkiem
wynosisz drugi prezent na strych. Po latach
dowiesz się, że był spełnieniem twoich marzeń.
Nareszcie będziesz dzieckiem szczęścia. |
*
„Zeptej se
táty“… Ostatnia książka Jana Balabána. Pisał ją po śmierci
ojca, który był jego wielkim autorytetem. Zadawał mu bolesne
pytania, na które zabrakło wcześniej odpowiedzi. A może już je
słyszał, z tamtego brzegu… Zmarł we śnie, przedwcześnie, w tym
samym dniu, w którym umarł jego ojciec. Pisanie – ran
otwieranie…
Kiedy myślę o nim, widzę Petra, widzę nas, młodszych o parę
ładnych lat, czytających swoje nowe wiersze i opowiadania na
spotkaniach i zlotach. Było nam dobrze razem, choć były to
chwile ulotne. Klub „Skleněná louka“ w Brnie, promocja
czeskiego wyboru moich wierszy, koledzy przywieźli mi z
Ostrawy czerwony kaktus i wino marki wino o wzniosłej nazwie
„Poezja”. Ostrawski antykwariat „Fiducia”, promocja książek
Honzy i Petra, jestem tu w roli matki chrzestnej, mam skrapiać
ich dzieła „miodulą” domowej roboty i czytać wiersze po
polsku, bo moi czescy przyjaciele lubią ten język i szlus.
Niedaleko stąd jest ewangelicki kościół i tu żegnamy Honzę
tłumnie, uśmiechając się przez łzy, modląc się w swoich
językach, wszyscy wyciszeni, niepodobni do siebie, w
półukłonach, na klęczkach, w drżeniu rąk i ust. Nigdy nie
widziałam tylu bezradnych mężczyzn, jakby żywcem wyjętych z
jego powieści. Wszyscy pytają, dlaczego go tu nie ma, a on
pewnie gdzieś tam, w domu Ojca (w domu taty?) ma już gotową
odpowiedź.
Trzymam w rękach jego ostatnią książkę i widzę, że znał tę
odpowiedź jeszcze wcześniej. Okamžiky – okamgnienia – „chwilo,
trwaj“… „Okamžiky nekončí. Okamžiky pořád trvají, to jenom my
v nich nemůžeme pořád žít.“ (Jan Balabán, „Zeptej se táty“)
*
| |
OJCOWIE
Dlaczego wyobrażamy sobie
że zestarzeją nam się godnie
W melonikach Z fajkami Na zapiecku
Dlaczego liczymy na to
że na ich wątłe barki
przerzucimy ciężar pytań
na które nie ma odpowiedzi
A przecież takie najczęściej
zadają nam wścibskie pociechy
Dlaczego myślimy że będą stukać
na maszynach rozprawy o kwestii smaku
Proustowskiej magdalenki
nam pozostawiając martwe światło
ekranów komputerowych
Dlaczego naiwnie wierzymy
że zawsze nam się będą dwoić i troić
że będą tańczyć swój łabędzi taniec
jak czarno-biali starsi panowie
Starsi Panowie dwaj
|
*
Pamiętam
twarz mojego młodszego brata, który zapytał ojca o jego
praprzodków. „Niemcy”, jęknął i miał minę jakby połknął żabę.
Jakby nasza mniejszościowa polskość, za którą regularnie
obrywaliśmy od czeskich kolegów z osiedla, nie była
wystarczającym handicapem. Gdyby ten dodatkowy, pikantny
szczegół naszej genealogii wyszedł na jaw, bylibyśmy
nieodwracalnie skasowani w oczach rówieśników. Niemcy – czyli
źli. Pokrzykiwano by na nas: „Hände hoch!” Nie rozumiesz,
dziadku Rudi? Przez ten jednoznaczny rodowód nie zabrałaby cię
na swój szlak załoga Rudego 102, a pies Szarik – jakby nie
było Rosjanin, czyli „dobry” – wyczułby Cię na kilometr. Na
pewnym etapie mego późnosocjalistycznego dzieciństwa nie
przysporzyłbyś mi na podwórku punktów za pochodzenie. Może
tylko w szkole, gdybym subtelnie wyznała pani od rosyjskiego,
że pochodzisz z terenów Związku Socjalistycznych Republik
Radzieckich, aczkolwiek w chwili twoich narodzin tego cudu nie
było jeszcze na mapie. Kiedy umierałeś, drżał w posadach mur
berliński, a wschodnie mocarstwo powoli sięgało bruku. Vanitas
vanitatum, dziadku, wszystkie mocarstwa i systemy to kupa
złomu. Jak ten Rudy 102 z lamusa moich wspomnień.
*
– Der, die,
das, psí ocas. Der, die, das, kupił bas… Tato, kto to są ci
Niemcy?
– To taki naród, który wydał Goethego i Schillera, Bacha i
Beethowena. Potem byli jeszcze Wagner i Nietzsche, ale ci im
tylko namieszali w głowach…
– A oni, ci Niemcy, są dobrzy czy źli?
– O, to bardzo długa historia…
– W szkole mówili nam, że historia jest nauczycielką narodów…
– No to ten naród chyba nie miał nauczycielki… Albo był na
wagarach.
– A dlaczego oni mówią na Cieszyn „Teschen“? Cieszyn przecież
założyli nasi, Bolko, Leszko i Cieszko.
– No tak…
– To co oni tu robią? Dlaczego nie wracają do domu, do siebie?
– Oni tu są u siebie, tak jak my. Cieszyn to taki tygiel
narodów. A Niemcy nam go rozbudowali, uprzemysłowili,
zaprowadzili wodociągi, kanalizację, oświetlenie elektryczne…
– Ja wolałem lampy naftowe…
– No tak, my, Słowianie, my lubim sielanki…
*
Na jedynej
ocalałej fotografii mój pradziad, Franz kołodziej, ubrany w
odświętny garnitur, którego dopełnieniem jest długi łańcuszek
od zegarka, rzuca na struchlałego fotografa groźne spojrzenie
znad sumiastego wąsa. Obok ojca stoi z równie nieprzystępnym
wyrazem twarzy najstarsza córka Ernestyna, a centralnie
ustawił się mały Johann, oczko w głowie taty i prymus klasowy.
Miejscowy fotograf był niewątpliwie speszony, bo zdjęcie, na
którym pradziadek patrzy na mnie, absolwentkę polonistyki z
wyrzutem, bynajmniej nie jest stosownie wypośrodkowane. Z
prawej strony – o zgrozo! – załapał się bowiem ciekawski
chłopczyk, sądząc z wyglądu starozakonny, bacznie
przyglądający się magikowi, który nakrył statyw i siebie
czarną płachtą. W międzywojennym kresowym tyglu i w
wielonarodowościowej Izydorówce obecność Żyda na zdjęciu
rodzinnym potomków austriackich kolonistów nie jest niczym
zaskakującym. Na późniejszych zdjęciach z cieszyńskiej
piekarni odnajdę podobne międzynarodowe zestawy – obok
dziadka-piekarza stoją jego starozakonni koledzy, Glücksmann i
Zeiphammel. Taka mała przedwojenna lekcja tolerancji dla
przyszłych pokoleń.
*
| |
WYRWANA Z KONTEKSTU
Urodziłam się tutaj, a uczono mnie języka,
którym posługiwali się tamci. Czytano wiersze
wieszcza, który żył jeszcze gdzie indziej.
Naginano mą śródlądową wyobraźnię
od morza do morza. Gdy upadałam na duchu,
śpiewano mi o Bonapartem, który dał nam
jakoby przykład. Nic w moim życiu nie było
nieszablonowe. Może tylko żargon, którym się
posługiwałam. I galicyjski kod genetyczny.
Gdy pytano mnie o tożsamość, pewna byłam
tylko swej płci. Choć nieraz mi mówiono,
że równy ze mnie chłop. Kolor skóry
też mi się zmieniał w zależności od pór roku.
Również w kłopotliwych sytuacjach, a więc
dosyć często. Zawsze czułam się w pół drogi.
Wyrwana z kontekstu. Sama sobie do pary,
żeglarzem i tratwą. Po wieki wieków
w narodowej formalinie. Marząca w duchu
o spokojnych wodach. |
*
Są ludzie i
ludziska, miasta i ich namiastki. Zawsze, kiedy mnie pytano,
co najbardziej podoba mi się w Czeskim Cieszynie, mówiłam
przekornie, że kawiarnia AVION, której nie ma. Znałam to
architektoniczne cacko dzięki starej pocztówce, znalezionej w
zbiorach wujka Stanisława, którego też już nie ma. To była
jego kawiarnia obiecana…
*
– Na lekcji
języka czeskiego będziemy śpiewali nasz hymn państwowy. „Kde
domov můj, kde domov můj…“ Śpiewajcie, ale patrzcie w tamtym
kierunku, za Olzę. Tam jest wasz prawdziwy dom, wasza
ojczyzna.
Nic z tego nie rozumiałam, ale śpiewałam i patrzyłam tam,
gdzie była Polska. Oczami duszy widziałam hufiec rycerzy
zakutych w srebrne i pozłacane zbroje, którzy spali dotąd we
wnętrzu Czantorii, a teraz przybyli, by napoić swe białe konie
w polsko-czeskiej rzece Olzie. Ponieważ Wielka Czantoria jest
szczytem granicznym pomiędzy Polską a Czechami, nie
wiedzieliśmy, z której strony owi rycerze powinni byli przybyć
i pod jakimi godłami? Czesi twierdzili, że Čantoryje to śląski
Blaník, góra magiczna.
Čan-toria. Góra wspólna, graniczna.
*
| |
BEZSENNOŚĆ
Wiadomość o śpiących rycerzach z góry Blaník po raz
pierwszy przekazał mnich, któremu „anioły” założyły
jakieś elastyczne ubranie i zabrały go w podróż do gwiazd.
Po powrocie stał się jasnowidzem i opowiadał
również o śpiących rycerzach. Komisarz wojewódzki
Putzlacher, który w 1827 roku przejeżdżał niedaleko
góry Blaník, później zeznawał, że ścigali go „jeźdźcy w
zbrojach”.
http://www.mystika.cz/poutnim/cech-str/poutnim-blanik.htm
We wnętrzu mojej góry
mamrocze Lewiatan
który pożarł swój ogon
i pewnie rycerzy
w których misję
w tych stronach
już mało kto wierzy
oprócz dziewczynki
która w bielutkiej sukience
i w wianku splecionym
ze stereotypów
co noc wędruje
po mojej poduszce
ogołoconej ze snów |
*
Lech, Czech
i Rus. Bolko, Leszko i Cieszko. Mane, thekel, fares. Trzy
wróżki albo trzy wiedźmy pochylone nad dzieżą mieszają ciasto,
z którego powinien powstać chleb bez zakalca. Poloczysko,
Czechaczek, szkopyrtok. Trójkąt bermudzki pojęć, wśród których
musiałam dryfować, by nie osiąść na mieliźnie i by nie utonąć.
Piekarz piecze dla wszystkich: Polaków, Czechów, Niemców i
Żydów. Chałki dla galicyjoków, bajgełe dla Kohnów, piekorskóm
biyde dla Ślązaków. „Jak to jest, że się jest, czym się jest i
od czego to zależy?” Takie pytania zadawał sobie Czesław
Miłosz na innym pograniczu. W jakim języku napisać to moje
silva rerum? Babel za oknami, Babel w mojej duszy…
*
Jestem
Mohikanką. Moje indiańskie imię brzmi „Ta, Która Stoi Na
Moście”. W rodzinnych opowieściach zawsze pojawiał się jakiś
most, a w tle góry. Dekoracja rodem z „Halki” lub „Karpackich
górali”. Zmieniały się tylko rzeki, most był zawsze, by można
było na nim stać i wypatrywać, skąd przyjdą nasi albo obcy. W
czasie wojny, a potem już nawet w międzyczasie, nasi często
stawali się obcymi, jak to na pograniczu. Czasem wystarczyło
stać na moście i zastanawiać się, jakie po zejściu na stały
ląd zastanie się państwo. Granice, zwłaszcza te na rzekach,
bywają płynne.
Most zawsze kojarzył mi się z zawieszeniem, z
niedookreśleniem. Stojąc na środku mostu granicznego jesteś
bezpaństwowcem, bo tam znajduje się linia dla tych, którzy
lubią balansować pomiędzy. „Stoję na granicy dwóch światów, w
żadnym nie czuję się u siebie.” To z Tomasza Manna.
Wsiadasz do pociągu, który ma cię zawieźć z miejscowości A do
miejscowości B. Robisz wdech i twoje życie ulega pozornemu
zatrzymaniu. Siedzisz i jednocześnie się poruszasz. Nie ma
jedności czasu i miejsca. Ta podróż jest zawieszeniem,
niedookreśleniem. Kim jesteś w tym czasie? Mieszkańcem
jakiego miasta? Obywatelem jakiego państwa? Wreszcie
przybywasz do celu i przychodzi pora na wydech. Może
westchnienie ulgi. Nie ma już niepewności, jest stały ląd pod
nogami.
Moja rodzina stanowczo zbyt wiele czasu spędzała na mostach i
w pociągach. To jakiś nakaz? Zew? Bycie „pomiędzy”, „metaxu”.
To z Simone Weil.
*
| |
CZYTAJĄC DELEUZE’A
Życie nomady to nieustające intermezzo…
Gilles Deleuze, Mille Plateaux
Bycie „dla”
trwanie „przy”
patrzenie „ku”
Wielka triada
zbudowana z krótkich słów
Czy więc być drzewem stojącym
zakorzenionym i trwałym
czy kłębem wędrującym
niepewnym i niestałym
Być albo wędrować
by żyć?
|
*
Ona
przychodzi w tych swoich warkoczykach, siada na brzegu łóżka i
z przekornym uśmieszkiem wyciąga sen spod moich pleców jak
pomięte prześcieradło. Nabrzmiewa noc, a my patrzymy na siebie
tak, jakby chodziło o jakiś pojedynek. Jej marzy się to, co
posiadam, a ja oddałabym jej większość tego wszystkiego za
obietnicę, że wrócę tam, skąd przyszła i wszystko ponaprawiam.
Wyprasuję całuny, przywołam pocałunki, pozacieram
nieszczególne wrażenia.
*
„Kawa jest
gorzka, tak jak wszystkie piękne rozkosze.” Suzanne Renaud.
Życie tej poetki, która najpierw dzieliła życie między
Czechosłowację a Francję, a potem porzuciła swój kraj, by
osiąść w dalekim Petrkowie przy boku męża-poety, też jest
gorzkie. Bohuslav Reynek napisze potem: „Wariatem jestem w
mojej wsi, znają mnie tylko smutne psy…” Póki co tłumaczy na
język czeski poetycki tekst żony, której dźwięk ziarnek kawy
wsypywanych do młynka przypomina krainę bezpowrotnie
utraconego dzieciństwa.
Rodaczka Prousta przywołuje stracony czas. Ja też (po co? dla
kogo? dla świętego spokoju) próbuję poukładać to wszystko, co
pisało mi się w głowie przez kilkanaście lat. To wszystko, co
było mi pisane?
| |
Zanurzam ręce w białym
cieście,
Proust szepce do mnie: „Magdalena”.
Wariatką jestem w moim mieście,
panią kawiarni, której nie ma... |
Fragmenty książki wspomnieniowej Renaty Putzlacher, która
wkrótce wyjdzie drukiem.
|